Black Sabbath – 13

19 Czer

Mimo że zdaniem wielu najlepszym wokalistą Black Sabbath był zmarły niedawno Ronnie James Dio – co widać na płytach Heaven And Hell czy nawet Dehumanizer – to największy sukces komercyjny zespół osiągnął z Ozzy Osbourne’m, który nawet na swojej ostatniej solowej trasie sięgał po takie klasyki jak dominujący w kontynentalnej Europie Paranoid czy Iron Man. I choć przedsmak powrotu do grania w pełnym składzie mieliśmy już na płycie Reunion sprzed 15 lat, to dopiero teraz zespół jest gotów do nagrania płyty w składzie z lat 70-tych. No prawie, bowiem 3/4 obecnych członków zespołu (pomijam perkusistę Brada Wilka z Rage Against The Machine) współtworzyło klasyczne dla hard rocka płyty sprzed ponad 40 lat, wówczas krytykowane niemiłosiernie, bowiem anglojęzyczna prasa przyznawała im po 1 gwiazdce.

Czas dowiódł jednak, iż to Black Sabbath wytrzymał próbę czasu, w przeciwieństwie do opinii krytyków. Widać to na najnowszym albumie 13, który nagrany po latach jest wtórny, ale gromadzi największe zalety zespołu. Bowiem prócz wspaniałych riffów Tony’ego Iommiego, które mogłyby ozdabiać najlepsze płyty Metalliki czy Queens Of The Stone Age, mamy tu także jego udane solówki, a także nawiązania do bluesowych początków czy też klasycznych piosenek jak Planet Caravan – w Zeitgeist. Również Ozzy Osbourne, który przyznał się niedawno, iż podczas sesji Volume IV zespół wydał więcej na narkotyki, niż rejestrowanie piosenek, stanął na wysokości zadania. Bowiem prosty mistycyzm jego tekstów choć bywa siermiężny, to doskonale pasuje do surowej muzyki.Największe wrażenie zrobił na mnie utwór otwierający End Of The Beginning i God Is Dead, który wbrew pozorom wcale nie jest utworem antyreligijnym. Wręcz odwrotnie – Osbourne dzieli się tu swoimi wątpliwościami, walczy z demonami przeszłości i jest w tym przekonujący. Zwłaszcza, że nadal śpiewa imponująco, co słychać chociażby w Live Forever. I mimo że zespołowi starczyło pomysłów na 8 z 9 piosenek to album 13 zakończony odgłosami burzy i bijących dzwonów jest dowodem, że w zjadającej własny ogon muzyce rockowej zamiast grać w kółko jeden z podgatunków czasem warto zrobić syntezę korzeni jak uczynili to Black Sabbath. A wcześniej AC/DC płytą Black Ice, również nagraną na luzie, bez silenia się na nowoczesność.

Ocena: 4/5

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: