Stalinowskie upiory na letnich festiwalach

15 Lip

Bauman
Gdy na moim poprzednim blogu wielokrotnie pisałem, że organizacja letnich festiwali w Polsce znacznie odbiega od standardów zachodnich, ich organizatorzy próbowali mnie wyśmiewać. Tymczasem dziś, po kilku latach ich obciach jest już widoczny powszechnie, a Openera punktuje nawet dziennikarz Przekroju Jakub Żulczyk: Gdy czytacie te słowa, właśnie zakończył się festiwal Open’er i tym samym rozpoczął się sezon letnich festiwali. Przyznam szczerze – ktoś musiałby zapłacić mi ogromne pieniądze, abym na takowy pojechał, zwłaszcza na odbywający się na terenie Polski. Naprawdę zachodzę w głowę, jak po zderzeniu się z tabunem goryli w ochroniarskich kurtkach, kilometrowymi kolejkami po rozwodniony browar i do toi toiów, stojąc w tłumie ludzi nagrywających ledwo widzialny i słyszalny koncert na swoje smartfony, można jeszcze czerpać jakąkolwiek radość z odbierania muzyki. Rozumiem jeszcze, gdy człowiek ma 18 lat i wypad na festiwal muzyczny jest po prostu wakacyjną przygodą z dala od starych i klasówek z majzy, opakowanym w dodatkowe atrakcje alkoholowo-seksualne. Ja jestem 30-letnim zgredem i po prostu nie chce mi się.

Być może pozostała mi jeszcze trauma po mojej ostatniej wizycie na Open’erze parę lat temu. Festiwal otworzył wtedy zespół Sonic Youth, zespół cokolwiek dla mnie formatywny; pierwsze zetknięcie się z ich płytą „Goo” w okolicach późnej podstawówy stanowiło dla mnie poważny, wewnętrzny wstrząs. Skończyło się tak, że musiałem oglądać jeden ze swoich ulubionych zespołów w biały dzień, na klepisku, otoczony masą gadających ludzi w kaloszach, uzgadniających przez telefon logistykę zakupu browarów i smażonej kiełbasy. Widziałem prawie nic, a słyszałem tyle, że mój ulubiony numer rozpoznałem dopiero w połowie. W każdym razie, stojąc tak w tym kiełbasianym tłumie, próbując rozpoznać jakiekolwiek dźwięki, zrozumiałem, po co tak naprawdę Polakom są festiwale muzyczne. Polacy nie słuchają muzyki. Nie przyjeżdżamy na festiwale muzyczne połączyć się wzrokowo i astralnie z ulubionymi wykonawcami. Kultura jest dla nas artykułem drugiej, o ile nie trzeciej potrzeby. Festiwal muzyczny to dla nas coś w rodzaju wielkiego grillowania – przyjeżdżamy na wielki, wspólny, podlany chrzczonym browarem wypas na trawie.

Nic więc dziwnego, że organizatorów ostatniego Openera skrytykowała Rihanna, która wyznała, że czuła się tu „jak małpa w klatce”. Podobnie porażką zakończył się organizowany przez Piotra Metza festiwal w roli głównej z Beyonce, której w ogóle nie było słychać z trybun. A mój znajomy Andrzej Żuromski stojąc bliżej, bo na płycie stadionu miał kłopoty z rozróżnieniem utworów granych przez jego ulubiony Cypress Hill.

A ponieważ organizatorzy mają świadomość, że ludzie odchodzą od letnich festiwali, sięgają po publiczne pieniądze – z naszych podatków, czy też ze zbiórki na cel charytatywny jak Jerzy Owsiak. W efekcie ten syn byłego milicjanta z PRL pod wpływem PRL-owskiego rockmana Zbigniewa Hołdysa na przystanku Woodstock powołał tzw. Akademię Sztuk Przepięknych, gdzie zaprasza się przedstawicieli tylko jednej opcji politycznej.

O krok dalej poszli organizatorzy festiwalu teatralnego Malta w Poznaniu, którzy w rocznice poznańskiego czerwca zaprosili stalinowskiego majora – Zygmunta Baumana – Żyda z KBW, agenta NKWD, który do 1968 roku prześladował polskie podziemie niepodległościowe i nawet w wywiadzie dla Guardiana z 2007 roku wyznał, że komunizm był najlepszą drogą dla Polski, a walka KBW z Armią Krajową jest jak dzisiejsza wojna z terroryzmem. Baumana na Uniwersytecie Wrocławskim fetował także prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz, który tydzień wcześniej – o ironio – otwierał we Wrocławiu rondo Żołnierzy Wklętych, których Bauman zwalczał na śmierć. I choć noszący imię Bolesława Bieruta Uniwersytet Wrocławski którym kieruje Marek Bojarski po raz kolejny dał powód do wstydu i został powszechnie potępiony przez polskich naukowców i kombatantów AK, to w obronie Baumana stanął premier Tusk i minister Kudrycka, a Rafał Dutkiewicz nazwał protestujących przeciw Baumanowi „nacjonalistyczną hołotą”. Co ciekawe, doszło do zabawnej sytuacji, bo policja na 24 godziny zatrzymała krzyczących „Precz z komuną” sympatyków Śląska Wrocław i NOP, ale na pytanie „Z jakiego paragrafu?” już nie była w stanie odpowiedzieć. W efekcie prokurator Seremet zorientował się, że prawo PRL już nie obowiązuje i jednak można krzyczeć „Precz z komuną”, bo mamy wolność – przynajmniej w teorii. Dlatego pod naciskiem przewodniczącego związku gmin żydowskich Kadlcika zobowiązał się do utworzenia w każdej prokuraturze rejonowej urzędu prokuratora do „walki z nacjonalizmem”.

A obecność Baumana na letnich festiwalach tak podsumował Piotr Lisiewicz: Skąd nagle stalinowski upiór, niemający na dodatek nic wspólnego z teatrem (ani innymi gatunkami sztuki, które z czasem w programie festiwalu się pojawiły), wśród wesołej młodzieży? To pytanie sprawiłoby młodym w 2013 r. niemały kłopot. Wyświechtane powiedzenie Francisca Goi „Gdy rozum śpi, budzą się upiory”, oddaje istotę rzeczy. Brak treści to nic innego, jak uśpienie rozumu. Pozostawienie go w uśpieniu, gdy rządzi zabawa. I to nie zabawa buntownicza, jak w czasie koncertu hiphopowego, punkowego czy muzyki oi! – kiedy piosenki mają treść, często ostrą. To musi być zabawa BEZ TREŚCI. Bo tylko podczas zabawy bez treści można bawić się ze stalinowskim upiorem Baumanem

Komentarze 3 do “Stalinowskie upiory na letnich festiwalach”

  1. Marcin 16 lipca, 2013 @ 2:44 pm #

    No nie wiem. Na Opener’rze byłem nie raz i mam o nim jak najlepsze zadanie. Zresztą nie jestem w tym odosobniony. Festiwal dostaje nagrody na międzynarodowych festiwalach. Trzeba zdjąć czasami klapki z oczu. Rihanna mówiąc o tym że się “jak małpa w klatce” nie miała na myśli organizacji festiwali tylko sytuacji gdy chciała odpocząć na sopockiej plaży. Na Narodowym rzadko kogo słuchać z trybun. Jeżeli chodzi o Malte, co kogo obchodzi Bauman skoro organizatorzy zadbali również o wspaniały koncert Kraftwerk’u i już niedługo Atoms for Peace. Przyjeżdżajmy na festiwale słuchać muzyki. Pozdrawiam

    • Andrzej Buda 19 lipca, 2013 @ 9:48 am #

      Jednak wolę słuchać muzyki bez estetyki festynu. Zwłaszcza, że ci ludzie z festiwali w ogóle nie kupują płyt – co doskonale widać po polskich listach sprzedaży, na których dominuje polski hip-hop i Anna German.

    • Andrzej Buda 22 lipca, 2013 @ 8:25 pm #

      Warto dodać, że sami artyści podzielają moje zdanie i przedwczoraj supergrupa Atoms For Peace odmówiła wyjścia na scenę. Czyli z letnimi festiwalami coś jednak jest na rzeczy…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: