Lorde – Melodrama

17 Wrz

Moje wspomnienia związane z debiutancką płytą Lorde obejmują pierwsze zetknięcie z piosenką Royals (US#1, UK#1) na szczycie amerykańskiej listy akurat gdy autobus wyruszał z Wrocławia na autostradzie by dowieźć mnie na pierwszy samodzielny lot do południowo-wschodniej Azji w październiku 2013 roku. Pół roku później jej album Pure Heroine (US#1, UK#1) był już na tyle znany na całym świecie, że za pośrednictwem stacji muzycznych docierał nawet do bogatych resortów na Malediwach, gdzie alkohol jest całkowicie zabroniony, a mimo to nastoletni muzułmanie jak ich rówieśnicy w USA chłonęli muzykę Eminema wraz z towarzyszącą jej rozwiązłością.

Co ciekawe, pochodząca z Nowej Zelandii Lorde w chwili międzynarodowego debiutu miała ledwie 17 lat, a ja umieściłem jej pierwszy album w czołówce podsumowania za 2013 rok, bo mimo kompozytorskiej surowości artystka autentycznie oddała na nim swoją depresyjną głębię uczuć i wycofanie, przez co jej piosenki stały się pozornie nieprzystępne. Miałem nawet okazję słuchać ich w jej rodzimym kraju jadąc autobusem, ale przyznam, że ciągnące się postwulkaniczne pagórki na Wyspie Północnej i stada krów za oknem niekoniecznie pasują do tak poważnej i nieco mrocznej ścieżki dźwiękowej.

Większość z ostatnich 2 lat Lorde spędziła jednak w Nowym Jorku, gdzie powstał jej drugi album Melodrama (US#1, UK#1), choć teksty napisała jeszcze w Nowej Zelandii. Mimo pochodzącego ze starożytnej greki tytułu i tekstów piosenek, które sugerują rozpad związku, artystka przyznaje, że jej album opowiada co prawda o samotności, ale dobrowolnej, rozumianej jako stan który ma swoje wady i zalety. W wierszach takich jak Writer In The Dark czy The Louvre zachwyca mnie subtelność, ale mam świadomość, że sława i towarzysząca jej uwaga sprawia, że artyści aby zachować jednocześnie prywatność, wrażliwość i autentyczność zaczynają rozwijać się właśnie w kierunku subtelności i inteligencji przekazu.

Muzycznie za większość materiału odpowiada Jack Antonoff, gitarzysta zespołu FUN, którego poleciła Lorde jej przyjaciółka Taylor Swift. Co ciekawe, w części piosenek na 1989 (US#1, UK#1) Taylor inspirowała się płytą Pure Heroine, a Antonoff wyprodukował jej 3 piosenki. Jego praca na Melodramie zaowocowała od razu większą melodyjnością i chwytliwością piosenek, które tak jak pierwszy singiel Green Light (US#19, UK#20) wręcz ocierają się o muzykę klubową, z którą Lorde flirtowała 2 lata temu nagrywając piosenkę Magnets (UK#21) na drugą, mało udaną płytę DISCLOSURE.

W efekcie po 9 piosenkach album mimo braku gości sprawia wrażenie arcydzieła, napędzany takimi sztosami jak Homemade Dynamite na przemian z lirycznym i refleksyjnym klimatem. Jednak utwory końcowe jak Supercut czy niepotrzebnie wybrany na singla Perfect Places (UK#95) sprawiają, że albumowi do doskonałości brakuje przysłowiowej kropki nad i. Mimo tego jest on mocnym kandydatem na płytę roku, zwłaszcza że mimo młodego wieku Lorde – w przeciwieństwie do nieco zdemoralizowanych Katy Perry czy Britney Spears – daje dobre koncerty na żywo, dzięki czemu może nas zachwycać jeszcze przez wiele lat.

Ocena: 4/5

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: