Najlepsze płyty Boba Dylana

19 Kwi

Nacjonalizm w muzyce popularnej zwykle bywa starannie skrywany. Choć nawet bez używania metod statystycznych gołym okiem widać, że angielska prasa faworyzuje Brytyjczyków, pierwszym raperem, który zdobył uznanie murzyńskich artystów był dopiero Eminem, a w Stanach żydowscy krytycy najwyżej cenią swoich rodaków. Oczywiście ta konkurencja miewa wymiar karykaturalny, jak lansowanie grupy Vampire Weekend, którym Anglicy zarzucali, ze nie umieją trzymać gitar a na scenę wychodzą przestraszeni. Jednak wiele odkryć zostaje z nami na dłużej, jak Bob Dylan, który popularność rynkową osiągnął dopiero w połowie lat 70-tych, bo dekadę wcześniej nie miał szans rywalizować na listach singli z The Beatles i The Rolling Stones, mimo ich uznania, że rock and roll w dylanowskiej wersji zaczął mieć poważniejszy przekaz.
93597101_811578702669592_6353466291143049216_n
Ponad dekadę temu, podczas wizyty Michaela Giry, lidera The Swans we Wrocławiu, miałem z nim burzliwą dyskusję, gdy Gira zapytał się, czy w Polsce cenimy utwory Boba Dylana. Odpowiedziałem, że niekoniecznie, a on – śpiewający wówczas z grupą Angels Of Light jego piosenkę – się wręcz obraził, że niby się na muzyce nie znamy. Problem w tym, że w słowiańskim kręgu kulturowym świat bardów zdominowali Bułat Okudżawa, czy Władimir Wysocki, a powaga ich piosenek, często wyrastająca z tragedii II wojny światowej, pozostawiała w cieniu twórczość Boba Dylana, który w poszukiwaniu inspiracji przesiadywał w bibliotekach, czytając archiwalną amerykańską prasę z lat 50-tych XIX wieku. Z drugiej strony nieliczne koncerty Wysockiego w Stanach Zjednoczonych, który szukał wspólnego języka z Amerykanami opowiadając po angielsku o realiach II wojny światowej, były dla prostej publiczności zza Atlantyku niezrozumiałe. Bo jak też porównać oburzenie fanów na przemianę folkowego Dylana w elektrycznego, z cenzurowaniem Jacka Kaczmarskiego na festiwalach PRL? Polecam tu zapis rozmowy Kaczmarskiego z Urszulą Sipińską w siedzibie monachijskiego Radia Wolna Europa.

W efekcie to narastające cywilizacyjne niezrozumienie eksplodowało podczas przyznania Dylanowi literackiej Nagrody Nobla, którą sam artysta czuł się jednak zażenowany, niczym Jethro Tull w 1989 roku po zabraniu sprzed nosa Metallice nagrody Grammy w kategorii heavy metal. Rozumiem, że Dylan śpiewa równie „pięknie” jak Wysocki gra na gitarze i dotychczasowe nagrody za muzykę mogły budzić w branży konsternacje, zwłaszcza gdy najbardziej znane covery jego piosenek zwykle biją na głowę oryginały. Stąd Akademia chciała uhonorować go za najważniejszy aspekt twórczości – teksty piosenek, a jednocześnie poszerzyć katalog tradycyjnych noblowskich nagród o przemysł muzyczny. Tyle, że wiersze Dylana nawet z punktu widzenia literatury to za mało na tak prestiżową dotychczas nagrodę i dziwię się, że jury przeoczyło znacznie bardziej ciekawe literacko Moje kroniki, które portretują życie Boba Dylana w różnych epokach rocka znacznie ciekawiej, a nawet sygnalizują istotne dylematy moralne. Bo z mojego punktu widzenia Europy Wschodniej, pociągająca w tekstach Dylana jest nie tyle powaga i przekaz, ale świadectwo przemiany i wieczne niezdecydowanie, które pod koniec lat 70-tych doprowadziło go nawet do przyjęcia chrzescijaństwa, a potem powrotu do żydowskich korzeni. Dlatego w mojej płytotece dominuje głównie jego dyskografia z lat 70-tych, plus najistotniejsze płyty z lat 60-tych XX wieku:

1. Highway 61 Revisited
2. Blood On The Tracks
3. Bring It All Back Home
4. Blonde On Blonde
5. Desire
6. Pat Garret & Billy The Kid
7. Slow Train Coming
8. Planet Waves
9. Street Legal
10.Shot Of Love

W sumie patrząc na kryterium powielania nagrań na innych wydaniach, najbardziej cenię Highway 61 Revisited (1965), a z drugiej strony Blood On The Tracks (1974), które warte jest wysłuchania zarówno w akustycznej, pierwotnej, rozesłanej początkowo do amerykańskich mediów wersji, jak i tej ostatecznej. Co ciekawe, sam Dylan daje fanom głęboki wgląd w zaplecze własnej twórczości, publikując The Bootleg Series, z których część miałem na CD (np. Royal Albert Hall 1966) zanim oficjalnie się ukazały, bo np. winyl More Blood More Tracks mogłem kupić dopiero rok temu. Daje mi to więc możliwość wyboru i podsumowania późnych dokonań artysty płytą Tell Tale Signs (1989-2006) zwłaszcza, że Dylan na żywo zwykle trzyma się swojego klasycznego repertuaru, a ja najbardziej lubię jego nagrania koncertowe z The Band, gdy towarzyszył mu Robbie Robertson.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: